Wczorajsza porażka Naszych w mundialowym meczu z Senegalem zainspirowała mnie do napisania o ważnej z moim odczuciu umiejętności – przegrywania. Nikt z nas nie lubi smaku porażki, i o ile dorosłym łatwiej przychodzi pogodzenie się z nią, dla dziecka to spore wyzwanie. Dlatego tak istotne jest, abyśmy nauczyli dziecko przegrywać. Tylko jak tego dokonać? No właśnie, zastanówmy się…

Porażki nie dzieją się bez przyczyny

Fakt, iż nie odnieśliśmy sukcesu w danym przedsięwzięciu zawsze ma jakieś wytłumaczenie. Przegrany mecz może świadczyć o braku przygotowania, albo też lepszym przygotowaniu ze strony przeciwników; gorsza ocena to efekt niewystarczającego opanowania materiału; brak wyróżnienia w konkursie muzycznym lub plastycznym może być spowodowany zwyczajnie gustem jurorów. Nawet tak przyziemne kwestie, jak przegrana w planszówkę (o czym najczęściej decyduje przypadek), można logicznie wyjaśnić – po prostu kości nam nie sprzyjały i tyle. Niemniej jednak, każda porażka, jakiej doświadczamy ma swoją przyczynę i tak właśnie tłumaczę to moim dzieciom od najmłodszych lat.

Kiedy moje dzieci uczyły się chodzić, jednym z najczęściej wypowiadanych statystycznie słów w naszym domu było krótkie, aczkolwiek wiele mówiące „bam!” Upadały, potykając się o wszystko, bo najczęściej nie patrzyły pod nogi. Było to naturalne na tym etapie rozwoju, ale nie zmieniało to faktu, że za każdym „bam” powtarzaliśmy im: „zobacz, tutaj leżą klocki, to przez nie się przewracasz”, albo „biegniesz za szybko, zwolnij trochę, to się nie przewrócisz”. Oczywiście, że te tłumaczenia nie docierały do rocznych dzieci, i za chwilę sytuacja powtarzała się po raz drugi, i kolejny, i n-ty, mimo to staraliśmy się za wszelką cenę pokazać im tę zależność przyczynowo – skutkową, która mam wrażenie jednak została gdzieś z tyłu głowy.

Podobnie jest zresztą z przyswajaniem wszelkich innych umiejętności. Kiedy dziecko uczy się pisać, korygujemy, gdy źle trzyma kredkę. Poprawiamy, gdy mówi coś niewyraźnie i nikt go nie rozumie; podpowiadamy, co zrobić, by poradzić sobie z przeciwnościami, gdy coś jest poza jego zasięgiem. Dziecko widzi, że jego niepowodzenie spowodowane jest czymś jeszcze, a nie wynika jedynie z jego winy.

W porażce drzemie siła

Przegrywanie jest sztuką i to niełatwą. Wiadomo, że każdy wolałby odnosić w życiu same sukcesy i nigdy nie musieć zakosztować gorzkiego smaku porażki, jednak ja dalej będę dopatrywała się w niej budujących aspektów. Tego także uczę moje dzieci. To swego rodzaju analiza i wyciąganie konstruktywnych wniosków. Skoro już znamy przyczynę, zastanówmy się, co można zrobić, by następnym razem odnieść sukces.

Wróćmy na chwilę do nauki chodzenia. Dziecko, które raz załapie, że te dwie zwisające kończyny, które dotąd służyły jedynie do wierzgania i wkładania do buzi, mogą służyć również do przemieszczania się, już nie odpuści i będzie dążyło do trenowania tej zdolności za wszelką cenę – mimo wielokrotnych porażek. Ilekroć się przewróci, za każdym razem podnosi się i tupta dalej. Każdy kolejny krok, podobnie jak każdy kolejny upadek, przyczyniają się do tego, że po jakimś czasie opanuje naukę chodzenia do perfekcji. Testuje równowagę, tempo, styl. Zauważa, że coś działa lepiej, coś gorzej. I próbuje; nie poddaje się.

Przecież, gdyby nasi praprzodkowie z epoki kamienia łupanego stwierdzili przy pierwszym upadku, że dalsze próby poruszania się w ten sposób są skazane na klęskę, dziś pewnie pełzalibyśmy po ziemi, niczym węże, a kończyny na nic by nam się nie zdały. Analogicznie, gdyby uczeń, któremu nie poszło na klasówce poddał się i nie starał przyswoić materiału lepiej, nikt nie ukończyłby nawet szkoły podstawowej. Przegrana daje nam obraz sytuacji: to nie zadziałało, więc następnym razem postąpię inaczej i odniosę sukces.

Zapytacie, co jeśli pomimo starań nie uda się za pierwszym, drugim i piętnastym razem? Nic, a właściwie bardzo wiele. To jedynie dowód na to, że coś, do czego próbujemy dążyć za wszelką cenę, najwyraźniej nie jest dla nas. Umiejętność odpuszczania sobie pewnych rzeczy to również wyzwanie, jakie stawia przed nami powtarzająca się porażka. To wyraźny sygnał „nie idź tą drogą, to nie dla ciebie”. Być może czasem warto posłuchać i zacząć budować nowy fundament.

Porażka uczy empatii

Wreszcie, jest jeszcze inny aspekt porażki, który warto wziąć pod uwagę, kiedy chcemy oswoić z nią dziecko. To empatia. Dla dziecka to trudny rodzaj uczuć, bo z natury dzieci rodzą się skupione na sobie i swoich potrzebach. Stąd chociażby odwieczne wojny w piaskownicy i wszechobecna mantra „to moje!”. Każda przegrana powoduje, że komuś jest przykro, a wygrany ma powody do radości. Ja właśnie tę zależność wykorzystałam, gdy na świat przyszło nasze drugie dziecko – Córeczka.

Kiedy Mała dorosła na tyle, by móc aktywnie uczestniczyć w zabawach razem z Bratem, zaczęły się zgrzyty w stylu „ona oszukuje”, albo „to nie fair”. Bolało mnie to, bo jako matka wymarzyłam sobie idyllę pomiędzy moimi szkrabami; widziałam, jak Starszy dba o Siostrę i chciałam, aby czas się zatrzymał, ale ilekroć robili coś, co mogło przynieść potencjalną przewagę jednemu z nich, drugie zaczynało bunt. Wtedy właśnie przyszła mi z pomocą empatia.

Bawiąc się z dorastającą Córcią, wielokrotnie pozwalałam jej na pokonanie mnie, czy to w wyścigu, czy w układaniu klocków, czy w grach planszowych. Myślę, że to naturalne i zapewne każdy rodzic postępuje tak samo ze swoimi dziećmi. Obserwując to wszystko, mój starszy Syn zorientował się, że nie wykorzystałam pełni swoich sił, żeby dobiec do celu szybciej i zaczął dopytywać, dlaczego tak robię. Powtarzałam mu wtedy „spójrz kochanie, jak Twoja siostra się cieszy, że wygrała. Ona jest jeszcze malutka, więc byłoby nieuczciwe, gdybym dała z siebie 100%. Nie zależy mi, by być pierwszą na karuzeli, a ona jest dzięki temu szczęśliwa”. Zaskoczyło! Kilka dni później z radością obserwowałam, jak podczas gry w Grzybobranie, Synek wykorzystując nieznajomość cyferek, przesuwał swój pionek nieco wolniej, żeby dać Siostrze wygrać. Cieszył się razem z nią, a ja widziałam, że ta przegrana nie zabolała go tak, jak poprzednie. Wiedział jednocześnie, że gdyby wykorzystał 100% swojego potencjału (OK, może w tym przypadku to był potencjał wyrzuconych oczek), wygrałby, ale dla mnie było ważne, że czegoś się nauczył.

Oczywiście, gdy ma do czynienia z równym sobie rywalem, nie zawsze jest tak empatyczny, ale w chwilach, gdy wzbiera w nim frustracja, powtarzam mu to, o czym pisałam na początku – zastanów się, dlaczego przegrywasz i jeśli jest to coś, co możesz poprawić, zrób to! Jeśli nie – pogódź się z porażką i pogratuluj koledze lepszej kondycji/umiejętności/szczęścia,  itp.

Naturalnie, empatia działa tu (a przynajmniej powinna działać) w obydwie strony. Przegranemu również należą się słowa otuchy i wsparcie, by nie czuł się pominięty i odrzucony. Jako przykład posłużył mi wczorajszy mecz, gdy tłumaczyłam mojemu 8-letniemu Kibicowi, że Naszym z pewnością nie pomagają okrzyki: „Nic się nie stało!…” w motywacji do kolejnego meczu. Bo dla mnie naprawdę nic się nie stało – porażki są wpisane w każdy sukces i tylko od nas samych zależy, jak je wykorzystamy, by obróciły się na naszą korzyść. Jeśli będziemy potrafili uczyć się na swoich błędach, z pewnością szybko zamienią się w sukces.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *