MAMOOO!

„Mamooo! Mogę sobie zrobić kanapkę? Tobie też zrobię”, „Mamooo! Nie mogę odkręcić słoika z miodem!”, „Mamooo! Masło jest twarde, nie mogę rozsmarować, pomożesz?”, „Mamooo! Gdzie jest moja książeczka z jednorożcem?”, „Mamooo! Kiedy przyjedzie tata?”, „Mamooo! Czy da się odumrzeć?”, „Mamooo! A skąd się bierze tuńczyk w puszce?”, „Mamooo! Czy jak pójdę do drugiej klasy to będę siedział w tej samej ławce, co w klasie pierwszej?”, „Mamooo! A ja mogę nie pójść do przedszkola? Przecież już byłam w zeszłym roku” 🙂

Tak zaczął się mój dzień.

Mój organizm nie zdążył się jeszcze przełączyć na ustawienie pionowe. Lewe oko z trudem walczyło ze sklejonymi rzęsami, żeby włączyć opcję widzenia w full hd. Pęcherz dawał dyskretne sygnały, że powinnam udać się do łazienki. A odbicie lustrzane… Ech, zresztą…

Tymczasem czekał na mnie ogrom rzeczy do przetworzenia, w ciągu zaledwie dwóch minut od wstania z łóżka. Wbrew pozorom, to bardzo ważne i niecierpiące zwłoki sprawy. Każdą należy rozpatrywać indywidualnie, żadnej nie zostawić bez odpowiedzi. Każde jedno „Mamooo!” Co to dla mnie? – pytają znajomi, dla których przecież jestem tą Matką Polką, siedzącą w domu i zahukaną kurą domową. Co mam lepszego do roboty?

Wkurza mnie to! Tak, „wkurza”! I będzie kolokwialnie, bo moja rola w domu nikomu nie kojarzy się z czymś „na poziomie”. Stereotypowo zamknięto mnie w klatce, której ściany wyznaczają: gary, pralka, deska do prasowania i plac zabaw. Nie ma w niej miejsca na lustro, kosmetyczkę, przegląd prasy, czy dobrą książkę. Bo jestem „tylko” mamą. Po co mam się malować, skoro nie idę do pracy? Po co mi wiedzieć, co się dzieje na świecie, skoro nie mam z kim przedyskutować tych informacji? Po co mi ładny ciuch, skoro do tarzania się z dzieciakami po podłodze i tak ubieram stare jeansy i rozwleczoną bluzę? A kiedy czasem zdarzy mi się błysnąć elokwencją, widzę jak oczy rozmówców otwierają się ze zdziwienia. Słyszę wręcz ich myśli: „skąd ONA zna takie słowa? Przecież jest tylko mamą, kurą domową”.

I mimo coraz większej liczby publikacji na temat pracy (tak – pracy!), jaką wykonują matki „siedzące” w domu z dziećmi, mimo statystyk i konkretnych liczb wyliczonych przez większych ode mnie, dla społeczeństwa nadal pozostaję tylko mamą. Pasożytem na portfelu męża. Nierobem. Coraz częściej – produktem 500+.

Tymczasem Matka też człowiek

Nie urodziłam się mamą. Przeszłam przez kolejne szczeble edukacji, po drodze spotykając bardziej lub mniej wyedukowanych ludzi. Niektórzy bardzo mnie zainspirowali, a niektórzy z nich nie są dziś warci mojego skinienia głową, gdy mijamy się na ulicy. Pracowałam, a każda z tych prac czegoś mnie nauczyła. Poznałam, co to znaczy ciężka praca bez chwili przerwy na toaletę, o kawie nie wspominając. Doświadczyłam też pracy w miejscu, w którym nie miałam nic do roboty i poziom znużenia  był chyba gorszy, niż zmęczenie przy tej poprzedniej. Odwiedziłam sporo miejsc. Wiele z nich urzekło mnie swoim pięknem i wiem, że to miejsca, w które chcę zabrać w przyszłości moje dzieci. Niektóre warte jedynie zapomnienia. Przeczytałam tysiące książek. Są wśród nich kanony literatury światowej, do których wracam i którymi zarażam moje Stwory. Są i takie, których nie dałam rady „zmęczyć” do końca. Przeżyłam swoje. Nie jestem weteranką, nie brałam udziału w misji pokojowej, patrząc jak umierają niewinni, nie otarłam się o śmierć. Mimo to uważam, że wszystko, czego doświadczam kształtuje mnie, moje wartości i przekonania.

Mam co przekazać moim dzieciom. Bo uważam, że jestem wartościowym człowiekiem. A o mojej wartości nie decyduje rodzaj wykonywanej pracy, ani tym bardziej jej brak. Nie wysokie stanowisko w prestiżowej firmie, ani luksusowe auto, czy drogie podróże. Z poziomu swojej kuchni, w dresie, czy fartuszku, wierzę, że jestem w stanie wychować moje dzieci na wspaniałych, wartościowych i bogatych ludzi. Bogatych w wiedzę, w szacunek do drugiego człowieka, w umiejętność doceniania tego, co mają, w smaki, zapachy, we wspomnienia, we własne opinie, bogatych w przekonanie, że nie bogactwo jest najważniejsze.

Nie czuję się lepsza od matek pracujących.

Od tych, które mają dzień rozpisany na czynniki pierwsze z dokładnością co do minuty. Od tych, u których do obiadu zasiada się o 18-stej, bo do 16-stej wszyscy są w pracy/szkole/żłobku. Od tych, które posyłają dzieci do przedszkola z gilami do pasa, wmawiając wszystkim, że to alergia, bo szef krzywo patrzy na kolejny tydzień opieki. Od tych, które mają prawo być zmęczone. Bo ja nie mam.

To właśnie takie matki uważają się za lepsze ode mnie. Uzurpują sobie prawo do narzekań, bo one mają ciężko, ja – nie. Bo ja mam cały dzień na zrobienie tego, co w ich domach również musi być zrobione, a na co one mają jedynie późne popołudnie. Jak śmiem twierdzić, że potrzebuję wakacji? Ja – która całe życie jestem na wakacjach, bo przecież nie pracuję! Bo w okresie wakacyjnym, przez ponad 12 godzin słyszę nad głową „Mamooo!”, a one tylko przez 4.

Równie dobrze możemy odwrócić tę machinę. I ja mogę głośno skandować swoją wyższość jako matki, a ilość czasu spędzonego z dziećmi obrać jako wartość dodatnią, która stawia mnie na piedestale. Spędzam czas z dziećmi, zamiast skazywać je na obce nianie, czy żłobek. Jestem na wyciągnięcie ręki zawsze, gdy mnie potrzebują. Nie muszę posyłać ich z katarem do szkoły, czy przedszkola. Nie przegapiłam pierwszych kroków, pierwszych ząbków, pierwszej kupy na nocniczek. Mam czas na pieczenie domowych babeczek, czy aktywny udział w przedszkolnych uroczystościach. Mam czas dla swoich dzieci. I nie przysługuje mi urlop, ani L4!

Tyle, że to nie licytacja! To nie ranking. To nie konkurs z nagrodami. To życie!

Mimo, iż nie pracuję na etacie, ja również mam prawo do zmęczenia, do chwili z książką, kawą, do stylowych zakupów, czy obiadu w eleganckiej restauracji. Bo na to zasługuję tym, co wielu nazywa siedzeniem w domu, codzienną krzątaniną, wiązaniem sznurowadeł i składaniem skarpetek z suszarki. Bo jestem kimś więcej, niż kura domowa. Jestem „aniołem domowego ogniska”, sprawiając, że dom staje się prawdziwym domem, a mój mąż i dzieci chętnie do niego wracają.

„Mamooo! Kocham Cię!, wiesz?” Wiem… Inaczej nie byłabym mamą.

 

tylkomama

2 thoughts on “MAMOOO!

    1. To prawda, tak też staram się żyć – jeśli się komuś nie podoba, to trudno 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top
%d bloggers like this: